OPOWIADANIE 9 - WIADOMOŚĆ

  WIADOMOŚĆ


Dom Państwa Luciskich w Małyszczynie. Nadeszła noc. Mela Lucińska pokładła już dzieci spać i sama szykowała się do snu. Jej mąż Roch przysiadł na chwilę przy stole, by przemyśleć w ciszy parę spraw, gdy nagle pies zaczął ujadać jak szalony. Zaniepokojony tym alarmem gospodarz wyglądnął oknem. Było już ciemno i nie mógł niczego dostrzec. Wyszedł więc na dwór. Zagroda wyglądała jakby uśpiona w nocnym mroku. Tylko pies ujadał zajadle przy wejściu do stodoły.
– Cholera, złodziej jakiś, czy co? – pomyślał Roch i złapał widły stojące w sieni, po czym cały spięty ruszył w stronę stodoły. Gdy już był blisko wrót, usłyszał głos dochodzący z wnętrza.
– Panie Luciński, niech pan uciszy tego psa i zabierze go stąd.
– Ktoś ty? – spytał Luciński.
– Jasiek.
– Jaki Jasiek?
– Malinowski z Czajów. Mam coś panu przekazać, ale niech pan zabierze tego psa.
Luciński, odetchnął z ulgą. Jasiek był kolegą Mariana, jego najstarszego syna, z którym poszedł do leśnych. Napięcie ustąpiło miejsca, niepokojowi. Uspokoił psa i rozglądając się, ostrożnie wszedł do stodoły.
– Pochwalony panie Luciński.
Naprzeciwko niego stał chłopak dość postawny, w wieku jego syna, ubrany w krótki rozpięty kożuszek, spod którego wystawała zapięta pod szyję szara marynarka. Na głowie miał czapkę cyklistówkę w kolorze marynarki, a na nogach szykowne oficerki i spodnie galife. Cofnął się, widząc wchodzącego Lucińskiego z widłami. Twarz miał poważną, trochę jakby zasmuconą.
– Na wieki wieków – odpowiedział Luciński – ledwie cię Jasiu poznałem, zmężniałeś chłopie. Chodźmy do chałupy.
– Nie, będzie lepiej, jak nikt mnie tu nie zobaczy.
– No dobrze, co cię sprowadza.
– Marian dowiedział się, że mnie wysyłają w te okolice i prosił, bym panu przekazał wieść o Bronku.
– Rany Boskie, a co z nim? - zadrżał Roch tknięty jakimś złym przeczuciem.
– Panie Luciński, Marian prosił mnie, bym panu przekazał, że… – Janek zawiesił głos, jakby nie mógł dać sobie rady z tym, co ma do powiedzenia – że ...
– No mówże Jasiu – ponaglił go Roch – Mów, proszę – dodał cicho.
– Panie Luciński Marian prosił, to znaczy obiecałem mu...
– Mówże wreszcie Jasiu, nie jąkaj się.
– Marian prosił przekazać, że Bronek nie żyje.
– Rany Boskie, co ty mówisz do mnie chłopaku – Rochowi w oczach stanęły łzy, a po całym ciele przebiegły ciarki. Nie chciał przyjąć tego do świadomości. Bronek, ten Bronek, którego miał posłać do szkół, ten, w którym pokładał tyle nadziei, miałby teraz... nawet nie chciała mu ta myśl przejść przez głowę, odrzucał ją, nie chciał jej przyjąć, jakby w ten sposób mógł zmienić rzeczywistość.
– Zginął śmiercią żołnierza. Godnie i honorowo. Z bronią w ręku.
Roch spojrzał na Janka i wbił wzrok głęboko w jego oczy. Janek kontynuował.
– Ratował kolegów, do końca, dokąd tylko mógł broń utrzymać, osłaniał oddział.
– Kiedy to się stało?
– W maju ubiegłego roku. Szliśmy na akcję i w lesie koło Hajnówki natknęliśmy się na ruską partyzantkę. Zasadzili się na nas, ktoś musiał im powiedzieć, że nadchodzimy. Wywiązała się walka, ale ich było więcej i mieli większą siłę ognia. Dowódca rozkazał odwrót. Byliśmy z Krępym, znaczy Marianem tuż obok, gdy Bronek dostał dwie kule w brzuch. Upadł koło nas, Krępy skoczył zobaczyć co z nim i już wiedział, że z takich ran się nie wychodzi. Bronek też to wiedział. Krępy chciał go ciągnąć ze sobą, ale Bronek chwycił go za ramię i powiedział – zostaw, przecież wiesz, że to koniec. – Marian nie chciał go zostawić, ale Bronek nie dał się wziąć. Chwycił jego diegtiariowa i kazał mu ratować się, że chociaż jeden z nich musi przeżyć. Wszystko trwało sekundy. W końcu Krępy uściskał Bronka i się wycofaliśmy. Długo jeszcze słyszeliśmy Bronkowego diegtariowa. Ostrzeliwał się, dokąd starczyło mu amunicji lub sił, nie wiem dokładnie. Potem chyba Ruskie go dobili. Miejscowi znaleźli go następnego dnia. Dzięki niemu chłopcy mogli się wycofać, bo przytrzymał Ruskich. Nie każdy by się zdobył na taką odwagę. – Luciński stał milczący. Patrzył na Janka niewidzącymi oczyma.
– Panie Luciński, wiem, że to zabrzmi głupio, ale może pan być dumny z syna. Ocalił wielu ludzi swoim bohaterstwem.
– Czy go pochowali przynajmniej?
– Tak, miejscowi pochowali go w lesie koło Hajnówki.
– Boże, jak ja to powiem Meli. Jasiu, a co z Marianem.
– W porządku, jest cały i zdrów.
– Dzięki Bogu.
– Panie Luciński muszę iść.
– Może coś ci dać? Potrzebujesz czegoś?
– Nie, dziękuję nic mi nie potrzeba. Zostańcie z Bogiem.
– Niech Bóg cię prowadzi synku. Dziękuję ci. – To mówiąc, pobłogosławił Janka i pożegnał serdecznie, uściskawszy, po czym powoli ze spuszczoną głową wrócił domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz