OPOWIADANIE 3 - OSTATNIA BITWA APACZA

 OSTATNIA BITWA APACZA


Patrol podchorążego Apacza był w drodze do Gajówki Borki. Powierzono im zadanie likwidacji kierownika Cegielni Polesin, który utrzymywał zażyłe stosunki z komunistycznymi tuzami powiatu, jednocześnie będąc zadeklarowanym agentem UB. Ignac Szymanek już za okupacji niemieckiej mocno dawał się we znaki lokalnej ludności. Pracując jako urzędnik Arbeitsamtu, wymyślił sobie intratny biznes. Wyszukiwał co bogatszych mieszkańców w okolicy i wprowadzał ich na listy wywózki na roboty w głąb Rzeszy, by potem nakłaniać ich do płacenia wysokiego haraczu za „ochronę". Ludziom tłumaczył, że lokalny Landskreisleiter zadba, by ich rodzin nie spotkało jakieś nieszczęście ze strony okupanta, dopóki oczywiście będą mu się opłacać. Cały interes funkcjonował znakomicie. Zadowolony Landskreisleiter, któremu Ignac oddawał połowę zysków, przychylnie spoglądał na jego przedsiębiorczość i życzliwie przymykał oko na inne jego szwindelki. Ignac zaś korzystając z tej znajomości, organizował huczne przyjęcia dla Landskreisleitera i jego kompanów stopniowo poszerzając swoje znajomości i opcje nowych interesów. Gdy ludzie uskarżali się na wysokość opłat, zwalał winę na pazerność niemieckiego oficjela, a gdy tylko ktoś przestawał płacić, albo już go po prostu nie było na to stać, natychmiast wprowadzał jego nazwisko na listę do wywózki. Szymanek był bezwzględny w tej kwestii. Skarżono się na niego, obwiniając o wyjątkowe sprzyjanie Niemcom i gnębienie rodaków, ale nie przynosiło to skutku. Przeklinali więc Szymanka i nic nie mogli zdziałać, by ukrócić jego praktyki. Jak się później okazało, Szymanek podobno należał do BCh i z polecenia organizacji zainstalował się w Arbeitsamcie, a jego biznes traktowano jako przykrywkę działalności konspiracyjnej. Nikt jednak w to nie wierzył.
– Wykupiła się kanalia – mówili, co zresztą było zgodne z prawdą.
Chodziły też pogłoski, że to on stał za kaźnią 9 żydów, ukrywających się w lesie Sterdyńskim. Podobno po jego donosie niemiecka żandarmeria zrobiła obławę i wyłapała wszystkich, bestialsko mordując nieszczęśników. Jednakże nikt nie mógł udowodnić jego udziału w tej zbrodni. Nie było ani świadków, ani dowodów na to. Gdy Niemcom zaczął się palić grunt pod nogami, zebrał grupę BCh-owców i rozpoczął rozmowy z AL o przejściu pod ich sztandary. I tak Szymanek został komunistą. Ze swoich ludzi stworzył leśny oddział AL i radośnie witał Sowieckich „wyzwolicieli". Dzięki zmianie barw ułatwił sobie stosunki z nową władzą. Wykorzystując koneksje, zdobył posadę kierownika Cegielni Polesin. I znów znalazł się w swoim żywiole. Przedsiębiorczy kierownik znalazł nowy interes. Wojna przejechała po kraju jak walec, zostawiając po sobie zgliszcza zniszczonych miast i wsi. Wszędzie szukano materiałów budowlanych, produkcja nie nadążała za zapotrzebowaniem, rozbierano ruiny, odzyskując cegłę i większość wysyłano na odbudowę Warszawy i innych miast. Oczywiście Szymanek wykorzystał to w typowy dla siebie sposób. Tak poprowadził buchalterię zakładu, że zawsze wygospodarowywał sobie część produkcji, którą rozprowadzał po cenach czarnorynkowych, zagarniając niezły profit z tej działalności. Zaszkodził też kilku gospodarzom swoimi donosami i miarka się przebrała. Podziemny sąd wojskowy uznał go za wyjątkową kanalię i zdrajcę, kolaborującego z dwoma okupantami i złodzieja skazując na karę śmierci przez rozstrzelanie. Wykonanie wyroku polecono patrolowi Apacza z oddziału Komara. W przeprowadzonym rozpoznaniu ustalono, że Szymanek lubił długo przesiadywać w zakładzie, urządzając popijawy z lokalnymi notablami, po czym wracał do swojego domu we wsi Dzięcioły rowerem, jadąc zawsze tą samą drogą wiejską biegnącą wzdłuż pól i łąk. W odległości około 2,5 km od wsi, koło drewnianego krzyża, las podchodził do drogi po obu stronach i to właśnie miejsce wybrano na wykonanie egzekucji. Teraz patrol przedzierał się przez Sterdyński Las, psiocząc na wilgoć, zimno i podły partyzancki los. Zbliżali się do skraju lasu. Już słyszeli lekki poszum Czarnej Strugi, nieodzowny znak, że zbliżają się do celu. Jeszcze tylko przeskoczyć przez drogę, jakieś dwa kilometry marszu i będzie można wreszcie odpocząć, łapiąc trochę snu przed jutrzejszą akcją. Wreszcie dotarli do strumienia snującego się leniwie przez las. Zmęczeni marszem sforsowali rzeczkę, przeskakując po sterczących z wody kamieniach. W pewnej chwili dał się słyszeć plusk, jakby coś rąbnęło w wodę z dużą mocą. Apacz obejrzał się za siebie i ryknął niepohamowanym śmiechem. Jego oczom ukazał się obraz potężnego mężczyzny gramolącego się z mozołem z wody i klnącego na czym świat stoi na kolegę stojącego obok w wodzie i śmiejącego się do rozpuku z przemoczonego pechowca. Cały oddział bawił się świetnie kosztem współtowarzysza. Nieszczęsny Lufa wściekły, ociekający wodą przysiadł na skarpie, próbując wylać wodę z przemoczonych oficerek.
– Kurwa, całe onuce mokre, znowu pozdzieram stopy do krwi – Apacz, widząc wściekłego kolegę, rzekł jakby od niechcenia.
– Nie mówiłeś Lufa, że chcesz się wykąpać. Byśmy do łaźni poszli przed akcją.
Wszyscy gruchnęli śmiechem, a wściekły Lufa odwarknął.
– Odpieprzcie się.
Stojący ciągle w wodzie Szary rzekł z przekąsem.
– Ej, czyścioszku, nie mazgaj się, bo do nocy nie dojdziemy do Gajówki. Zgłodniałem cholera, a ten tu będzie się chludził jak panna na wydaniu.
Znowu wybuchła salwa śmiechu.
– Dobra chłopaki odpocznijmy tu trochę, niech Lufa się ogarnie. – rzekł Apacz.
Żołnierze siedli oparci o drzewa. Janek rozciągnął się na ziemi, zakładając ręce pod głową i zwrócił się do Apacza.
– Ty Apacz, a jak już załatwimy tego skurwiela, to puścisz mnie na parę dni? Tu niedaleko w Noskach znam taką fajną dziewczynę. Mówię ci świetna babka. Buźka jak malowanie, a reszta, bracie, doskonałe dzieło Stwórcy.
– Oj, Janek, ciebie te baby kiedyś zgubią. Po robocie wszyscy wracamy do obozu, bez wyjątku.
– Ale skoro już tu jestem to grzech nie skorzystać – tu wykonał gest, który znowu rozbawił resztę.
– Kiedyś cię te baby wykastrują – rzucił Młodzik.
– Nie mają na to czasu, zajęte są czymś innym, a po robocie, zanim dojdą do siebie, to pana Janka już nie ma. – zarechotał lubieżnie Janek.
– Dajcie mu pogadać, tyle jego, co nam naplecie – warknął Lufa.
– Ej, czyścioch, jak chcesz, to sobie żyj w celibacie, ale chłopie, nie wiesz, co tracisz.
– Jebaka gawędziarz – mruknął Lufa, a wszyscy zaczęli znowu rechotać wesoło.
– No i co tak szczerzycie zęby idioci – odgryzł się Lufa – Dobra dość tych wygłupów. W drogę panowie, bo jeszcze noc nas tu złapie – powiedział Apacz.
Zbierali się niechętnie, ale ciągle w dobrych nastrojach z wyjątkiem Lufy, który zrobił minę tak nieszczęśliwą i skwaszoną jakby cytrynę zjadł. Ruszyli sprawnie, przedzierając się przez rzedniejący las.
– Hej, Apacz może skręcimy w bok i pójdziemy łąkami. Łatwiej by się szło – rzucił któryś z chłopaków.
– Życie ci niemiłe Dziku? Jeszcze parę kilometrów i dojdziemy do celu – odrzekł Apacz.
– To może byś tak wziął ode mnie to cholerne żelastwo – wskazał głową na niesionego diegtariowa.
– Nie narzekaj, Lufa też go niesie i popatrz jak dziarsko kroczy – uśmiechając się, powiedział Apacz.
– Tylko mu w butach chlupie – zachichotał Janek.
– Odczepcie się wreszcie ode mnie, dobra? – warknął Lufa.
Las rzedniał coraz bardziej, między drzewami widać było otwartą przestrzeń porośnięta trawą i różnymi chaszczami. Patrol zbliżał się do skraju grądu. Zatrzymali się i przyklęknąwszy, omietli wzrokiem łąkę. Apacz wyciągnął lornetkę i uważnie zlustrował teren. Na obrzeżu lasu widać było zarośla, za którymi rozciągał się może 200 czy 300-metrowy pas łąki podchodzący do drogi i kończący się rzędem krzewów i drewnianą grodzią odgradzającą łąkę. Jej środkiem wzdłuż linii lasu i drogi biegła wydeptana ścieżka. Nad dużą kępą nasadzonych przy drodze bzów sterczał drewniany krzyż. Wszystko wyglądało spokojnie. Apacz powiedział cicho.
– Musimy przeskoczyć łąkę. Kierujemy się na tę kępę bzów z krzyżem. Tam z drugiej strony do drogi podchodzi zagajnik. Musimy przeskoczyć drogę i wpaść do lasu. Jak zapadniemy w niego to już tylko dwa kilometry lasem i jesteśmy na miejscu. Będzie można wypocząć przed jutrzejszą akcją. Jeszcze raz omiótł teren lornetką i wydał rozkaz.
– Dobra wygląda spokojnie, idziemy!
Ruszyli przed siebie. Byli już w połowie odcinka łąk, przy ścieżce, gdy nagle Dzik krzyknął.
– Ruskie, padnij.
Wszyscy zalegli w trawie.
– Kurwa, skąd oni się tu wzięli? – spytał Apacz.
– Pewnie siedzieli przy tym krzyżu za bzem i nie było ich widać.
– Co robimy?
– Kto widzi, ilu ich jest?
– Widzę czterech, jeden oficer, o tam się chowa jeszcze jeden – wskazał głową Młodzik. Za słupkiem grodzi klęczał żołnierz rosyjski z bronią skierowaną w ich stronę.
– Zauważyli nas?
– Nie wiem, oficer patrzy w naszym kierunku przez lornetkę.
– Kuźwa rozwijają się sukinsyny.
Wyraźnie widać było jak w obie strony od kępy z krzyżem, rozwijali linię ognia rosyjscy żołnierze. Oficer nagle podniósł rękę, wskazując w ich kierunku, coś krzyknął i nagle rozpętało się istne piekło. Kule świszczały im nad głowami, przyciskając do ziemi.
– Co robimy Apacz?
– Musimy się wycofać w te kępy na skraju lasu.
Ogień nieprzyjaciela jakby trochę zelżał – Chłopaki walcie w nich krótkimi, może im się odechce walki.
Wszyscy oddali salwę. Jeden z przeciwników chowający się za słupkiem ogrodzenia osunął się na ziemię.
– Kuźwa Lufa co z tobą, wal w nich długą wzdłuż krzaków.
– Kurwa mać ten cholerny złom się zaciął !!!!!!!!!!!!!!!!
– To rzuć to i strzelaj z peema.
Lufa odrzucił diegtariowa i lekko unosząc się, sięgnął po PM leżący na jego plecach. W tym momencie dał się słyszeć plask, jakby ktoś kijem uderzył w wodę. Lufa jęknął – o Jezu – i osunął się bezwładnie na ziemię.
– Lufa dostał – krzyknął któryś z chłopców.
Apacz podczołgał się do niego. Lufa leżał bez życia.
– Co z nim? – spytał Szary.
– Nie żyje! – Odkrzyknął Apacz, łapiąc zaciętego diegtariowa i zaczął majstrować przy zamku erkaemu.
– Sukinsyny jebane – wrzasnął Szary i wypruł cały magazynek w Rosjan.
Nagle będący na prawym skrzydle Młodzik wrzasnął.
– Zachodzą nas z prawej.
Apacz spojrzał we wskazanym kierunku i rzeczywiście spostrzegł grupę około dziesięciu żołnierzy rozwiniętych w tyralierę i skokami poruszających się w ich kierunku.
– Chcą nas zepchnąć na Dzięcioły – pomyślał Apacz, szarpnął mocniej zamkiem diektariowa i poczuł, jak zamek puszcza – dzięki Ci Boże – westchnął, po czym wydal komendę.
– Odchodzimy. Dzik ty bierzesz tych na drodze, ci z prawej są moi, reszta skokami w te krzaki przy lesie. Zrozumiano?
– Tak – opowiedzieli prawie chórem chłopcy.
– Dzik gotowy?
– Tak.
– To ognia!!!
Dzik z Apaczem rozpoczęli ostrzał. Zaskoczeni Rosjanie przywarli do ziemi. Trzej partyzanci zerwali się do biegu w kierunku lasu. W jednej chwili dał się słyszeć krzyk Szarego.
– Kurwa dostałem w nogę!!!
Apacz spojrzał w jego kierunku. Zobaczył Szarego kuśtykającego na jedną nogę, próbującego biec za Jankiem i Młodzikiem. Młodzik obejrzał się i wrócił, by pomóc koledze. Apacz krzyknął do Dzika.
– Zwijaj się, skokami do lasu.
Dzik bez słowa podniósł się i skoczył w tył. Ośmieleni tym Rosjanie rzucili się do ataku, lecz zaraz pożałowali tej decyzji. Apacz puścił skuteczną serię w ich kierunku. W tym samym momencie odezwały się peemy spod lasu. Rosjanie ponownie przywarli do ziemi. Apacz skoczył w tył. Widział już dzika grzejącego całą parą w linie drogi. Nagle poczuł mocne szarpnięcie w plecy i jeszcze dwa w pośladek i udo. Zwalił się na ziemię z jękiem. Widząc, jak Dzik podnosi się, by biec do niego, krzyknął.
– Dzik zostań, to rozkaz!!!
– Zamknij się Apacz – odkrzyknął Dzik i ruszył w jego stronę. Trzy peemy grały na skraju lasu. Nagle Dzik stanął jak wryty, zachwiał się i upadł martwy. Apacz widział, jak jego mózg rozbryznął się za nim – snajper – pomyślał. Machnął ręką w stronę grądu, dając znać, by chłopcy się wycofali w głąb lasu, po czym przeżegnał się i odwrócił na brzuch. Z bólu pociemniało mu w oczach, podciągnął diektariowa Lufy i spojrzał na przedpole. Wszystko to trwało sekundy. Rosjanie ośmieleni przerwaniem ognia podeszli już całkiem blisko.
– Chodźcie skurwysyny na ostatni bal Apacza – mruknął do siebie, po czym spojrzał w niebo i nacisnął spust. Ciągnął serię ogniem koszącym. Rosjanie zalegli ponownie. Kilku wiło się z bólu na trawie. Zmienił talerz i dalej siekł na oślep. W końcu odrzucił diektariowa, podciągnął PM i z trudem podniósł się na kolano, niemal tracąc przytomność z bólu.
– Boże odpuść mi moje grzechy. – wykrzyczał – Ojcze nasz, któ………
W tym momencie kula snajpera dosięgła Apacza. Zaległa cisza. Słychać było tylko kroki dobiegających do niego żołnierzy, szczęk przeładowywanej broni i krótkie komendy rzucane po rosyjsku. Bitwa dobiegła końca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz