Była paskudna noc.
Deszcz zalewał ziemię, dosłownie jakby ktoś tam na górze odkręcił wielki kran i
zapomniał go zakręcić. Ulice powoli zamieniały się w potoki rwącej deszczówki,
co chwilę rozlewając się w olbrzymie kałuże. Studzienki odpływowe nie nadążały
z odprowadzaniem wody, która pluskała pod butami nieprzyjemnie. Noc rozpełzła
się już po świecie, jakby chciała zasłonić spadające z nieba ogromne ilości
wody. Uliczne latarnie ledwo ćmiły się bladym światłem, nie oświetlając
niczego, oprócz wielkich strug deszczu, tworząc jeszcze bardziej przygnębiające
wrażenie. Ulice puste, wyludnione, bo ludzie pochowali się w domach,
zasłaniając nawet okna, aby nie widzieć tej paskudnej aury na zewnątrz. Stare
kamienice stały smutne wzdłuż ulicy, wytrzeszczając podświetlone ślepia okien.
Było ponuro, mokro i nieprzyjemnie. Łowca szedł powoli noga za nogą,
rozchlapując kałuże pod stopami. Szedł prosto przed siebie w kompletnie
przemoczonym długim prawie sięgającym ziemi płaszczu z obszerną zwisającą z
tyłu patką i rękoma w kieszeniach. Przewieszona przez ramię torba z wielką
klapą kołysała się w rytm kroków jak wahadło jakiegoś upiornego zegara. Stary
workowaty kapelusz z opuszczonym ponaciąganym rondem teraz ociekającym wodą
wcale nie chronił przed deszczem. Długie mokre włosy pozlepiane w grube strąki
wypływały spod kapelusza prosto na plecy i twarz, nieprzyjemnie klejąc się do
ciała. Jak straceniec szedł w strugach deszczu pozornie bez celu i sensu.
Niedobrze, mruczał do siebie. Mistrz się wścieknie, jak nic nie przyniosę.
Wokół nie było ani śladu żywej duszy. Nic tylko deszcz i on. Jego kroki niosły
się pośród plusku rozchlapywanej wody, potęgując narastającą w nim frustrację.
Co chwila nasłuchiwał, czy ktoś nie nadchodzi, ale słychać było tylko szum
deszczu. Błąkał się tak prawie do rana i wydawało się, że wróci z pustymi
rękoma, gdy nagle gdzieś za sobą usłyszał pospieszne kroki. Zbliżały się dość
szybko. Poznał od razu, mężczyzna. Kobiety chodzą inaczej. Zawsze potrafił to
odróżnić. Serce waliło mu jak młot. Kroki wyraźnie zbliżały się, Jest już
blisko, słyszał go tuż za sobą. Oddech mężczyzny był przyspieszony wysiłkiem
tego szybkiego marszu, prawie półbiegu. Musiał być jeszcze młody, bo szedł
sprężyście i miarowo. Łowca czuł, jak krew pulsuje mu w żyłach, emocje sięgały
zenitu, cały drżał. Kroki już prawie zrównały się z nim. Skupił się, jak tylko
mógł najlepiej w tym podnieceniu i odruchowo zacisnął dłoń na trzymanej w
kieszeni metalowej pałce. Była krótka, obszyta skórą, a jej rękojeść wieńczył
ostry jak brzytwa lekko zakrzywiony nóż, długi na niecałe dziesięć centymetrów.
Pozwalało to na zadawanie ciosów zarówno pałką, jak i cięć i pchnięć nożem.
Mężczyzna zrównał się z Łowcą. Faktycznie był młody, dobrze zbudowany i trochę
przykurczony jakby pod ciężarem deszczu. W ręku trzymał obszerny parasol. Łowca
zawahał się na sekundę, ale było już za późno. Gdy tylko mężczyzna go minął, w
okamgnieniu wyszarpnął pałkę z kieszeni, doskoczył do mężczyzny, zadając
potężny cios. Feralnie zahaczył pałką o parasol, wytrącając go z ręki mężczyzny
i tracąc cały impet uderzenia. Cios był za słaby i dodatkowo zsunął się na
plecy ofiary, nie czyniąc mu większej krzywdy. Zaskoczony mężczyzna w jednej
chwili przykurczył się od uderzenia, ale błyskawicznie otrząsnął się i w
odruchu obronnym, jednym susem doskoczył do Łowcy. Nie było czasu na myślenie.
Łowca zamaszyście ciął nożem w jego gardło i z szybkością błyskawicy zadał mu
cios w pierś. Mężczyzna nawet nie zdążył wydać z siebie żadnego odgłosu. Z
gardła potwornie chlusnęła krew, obryzgując Łowcę po twarzy i całym ubraniu. W
ustach poczuł jej metaliczny smak. W podnieceniu nie zwracał jednak na to
uwagi. Rana była głęboka. Cięcie prawie dosięgło kręgosłupa. Cios w pierś jakby
zatrzymał mężczyznę w miejscu. Jego przerażone zastygające oczy wpatrywały się
w twarz Łowcy, jakby chciały ten ostatni widok zabrać ze sobą w ciemność. Łowca
stał, cały drżąc z podniecenia i rozkoszy. Ciało mężczyzny osunęło się na
ziemię. Łowca nie mógł ochłonąć, zdawało mu się, że serce wyskoczy mu z piersi,
krew tętniła boleśnie w żyłach. Uwielbiał to uczucie. Powoli, niespiesznie
rozejrzał się dookoła. Miał szczęście. Nikogo nie było. Deszcz nie folgował.
Spojrzał na ciało mężczyzny leżące u jego stóp. Oczy wciąż wpatrywały się w
niego. Przykucnął i powolnym ruchem ręki zasłonił je powiekami. Cholera,
zabiłem go. Wszystko na nic, pomyślał. Masz szczęście chłopcze, wyślizgnąłeś mi
się. Mistrz się wścieknie. Jak mogłem tak dać się ponieść. Straciłem go. Krew
ciekła z rany mężczyzny, mieszała się z deszczem, tworząc potężną czerwoną
kałużę. Wstał, jeszcze raz spojrzał na zwłoki, westchnął i ruszył w kierunku
domu. Dobrze wiedział, co go tam czeka.
Dom Łowcy znajdował się na głębokich
przedmieściach miasta. Otoczony lasem,
który w tym miejscu wdzierał się w głąb pomiędzy nowe osiedla tworzące wielką
sypialnię dla rozpędzonych pogonią za dostatkiem ludzi. Wyznaczono w nim
ścieżki spacerowe i trasy rowerowe, które nęcąco biegły przez park, jak tutaj
nazywano ten las. Można by pomyśleć idealne miejsce dla Łowcy, ale on wolał
zapuszczać się w miasto z dala od domu i tam, mimo wielu niebezpieczeństw
czyhających wśród ulic, grasować bez żadnych oporów. Uwielbiał to uczucie, gdy
adrenalina rozpalała go do białości, krew tętniła w żyłach, jakby chciała je
rozerwać, a serce mało nie wyskakiwało z piersi. Wtenczas czuł się szczęśliwy i
mógł tak błądzić bez końca pomiędzy kamienicami, aż dosięgnął celu. Wtedy wracał do domu z radością i poczuciem satysfakcji. Wiedział, że Mistrz będzie zadowolony i
pozwoli mu zaznać odrobiny wytchnienia. Częściej jednak wracał bez powodzenia. Wtedy Mistrz łajał go, zadając różne
kary. Łowca znosił to jednak, bo nie mógł się obejść bez Mistrza, tych emocji i
tego całego cierpienia po odniesionych porażkach. Był uzależniony od tego.
Musiał wtedy zajmować się wszystkim oprócz polowań, bez których nie mógł sobie
poradzić, nie mógł bez nich żyć. Wykonywał niezbędne prace w domu, przygotował
chram do seansów, czy zbierał niezbędne do tego zioła i grzyby. Dom był
idealny, dla Łowcy. Schowany z dala od gwaru biegnących przez las ścieżek i
zapomniany przez świat. Stał na mocno zarośniętej przecince leśnej i sprawiał
wrażenie porzuconej, walącej się rudery. Prowadząca do niego ścieżyna była
mocno zasłonięta zdziczałymi chaszczami drzew i krzaków i całkowicie niewidoczna
dla kogoś, kto nie był świadomy jej istnienia. Zmurszałe deski ścian domu i
mocno porośnięty mchem, dziurawy dach, sprawiały wrażenie potworne, jakby
rudera miała się lada chwilę zawalić. Gdyby nawet ktoś go znalazł, nigdy nie
odważyłby się wejść do środka. Jednakże, gdyby się mimo wszystko odważył,
przeżyłby niemały szok. Wewnątrz dom nie był przestronny i luksusowy, ale
wystarczająco duży, by Łowca mógł tam w miarę wygodnie mieszkać. Ściany
wewnętrzne stanowiły kompletne przeciwieństwo tego, co było na zewnątrz. Trudno
szukać tu zbutwiałych desek, czy rozlatujących się sprzętów, ani też zbytnich
luksusów. Drewniane meble, były może trochę ascetyczne w wyglądzie, ale całkiem
wygodne. Ściany i sufit wyłożone nowymi deskami tworzyły zgoła przytulny nastrój.
W solidnej drewnianej podłodze znajdowała się klapa kryjąca zejście do piwnicy.
Znajdowało się tam obszerne pomieszczenie chramu. Jego ściany wyłożono głazami
szczelnie dopasowanymi do siebie. Wysoki sufit wykończono drewnianymi dechami.
Podobnie podłogę. Do ścian przymocowano uchwyty z pochodniami po dwie w każdej,
a w północnej ścianie wykuto w kamieniu niszę półkoliście wykończoną od góry z
kamienną urną pośrodku zwieńczoną świecznikiem na wosk w kształcie odwróconego
trójkąta z wyrytym na nim numerem sześć. Obok po obu stronach dwa takie same
jak na urnie duże kamienne świeczniki na wosk i też z cyfrą sześć. Po bokach
niszy stoły nakryte rozrzuconymi wonnymi ziołami, a na nich dwanaście słojów,
po sześć z każdej strony, wypełnionych formaliną. W każdym pływały ludzkie
serca różnej wielkości. Przed słojami ustawiono dwanaście świec też różnej
wielkości. Pośrodku między stołami, stół większy, drewniany, surowszy w
wyglądzie. Na nim cztery słoje z sercami i jeden pusty, wypełniony tylko
formaliną. Podobnie jak na stołach bocznych, między słojami rozsypano zioła i
postawiono sześć świec. Pięć z tyłu przed słojami i szóstą, największą ze
wszystkich wysuniętą na front przed resztę świec. Przed tą świecą stało
palenisko kadzidła z jakimiś spopielonymi resztkami, umieszczone ponad
sześcioma grubymi świecami olejowymi. Po jednej stronie paleniska miska z
kadzidełkiem z magicznych grzybów, ziół i żywicy, a po drugiej druga z
suszonymi małymi grzybkami, a przed nimi pięknie zdobiona srebrna patera z
wyrytą pośrodku cyfrą 666. Przed stołem krzesło z oparciem i podłokietnikami.
Wszędzie porozstawiane świece. Nawet gdyby paliłyby się wszystkie, w chramie
panowałby półmrok. Migotliwe światło świec i pochodni pełzało po ścianach,
potęgując nastrój skupienia i tajemniczości. Łowca wrócił do domu zmęczony.
Zrzucił z siebie ubranie i padł na łóżko, zasypiając kamiennym snem.
Po przebudzeniu
zaczął przygotowywać seans. Zapalił
wszystkie świece i pochodnie w chramie. Sprawdził, czy wszystko jest w
porządku. Oh, jeszcze kadzidło, pomyślał. Wysypał na tacę kadzidło z miski,
podpalił i rozdmuchał, aby się dobrze żarzyło. Zapalił świece pod tacą z
kadzidłem. Przyjrzał się jeszcze raz i z zadowoleniem stwierdził, że niczego
nie brakuje. Serce zaczynało mu bić coraz szybciej. Czuł maksymalne
podniecenie. Zawsze tak reagował na seans. Tym razem trochę mu się oberwie.
Wiedział o tym. Wiedział, że Mistrz nie będzie zadowolony. Zawsze tak było, gdy
wracał z łowów z pustymi rękoma. Wciągnął z upodobaniem jego zapach. Uwielbiał
go. Serce waliło mu jak młot. Usiadł wygodnie na krześle i sięgnął ręką po susz
z łysiczek. Chwycił garść grzybków, włożył je do ust i zaczął żuć. Oparł się swobodnie
na krześle, układając ręce na podłokietnikach i oddał się medytacji. Zapach
ziół, świec i dymu z kadzidła mieszał się w powietrzu. Cały czas nie przestawał
rytmicznie żuć grzybów. Światło pełzało po stołach i ścianach, stwarzając
wrażenie ich ruchu. Wpatrywał się w niszę za urną. Grzyby w ustach już miękły.
Czuł coraz mocniejsze drżenie w całym ciele. Zamknął oczy i nagle szarpnęły nim
niemiłosiernie silne, nie do opanowania drgawki. Zwinął się w sobie. Czuł, jak
każda cząsteczka jego ciała zaczęła drgać i pulsować. Trząsł się jak galareta.
Rzucił się twarzą i rękoma na stół, aż podskoczyła srebrna patera, ale nie
poczuł ulgi. Nagle zaczęło szarpać całym jego ciałem. Z trudem utrzymywał się
na krześle i gdyby nie podłokietniki po bokach z pewnością wylądowałby na
ziemi. Jego ciało prostowało się, to znów kuliło boleśnie. Nabrzmiałe żyły
tętniły krwią jak szalone, zdawało się, że wylezą z ciała. Próbował otworzyć
oczy, ale nic nie widział. Gałki oczne wywróciły się do tyłu, drżąc potwornie,
powieki rozwarły się do granic, w końcu źrenice zniknęły gdzieś. W oczach widać
było tylko białka. Wydawało się cały ogień świec i pochodni spłynął na niego i
pali żywym płomieniem, czuł ból nie do wytrzymania. Całe jego ciało się
wyprężyło i nagle, jakby coś pękło. Poczuł, że je opuszcza. Wzniósł się do
góry, jak gdyby płynął. Rozejrzał się po chramie. Wszystko pulsowało, boleśnie
odczuwał to pulsowanie. Każde drgnienie odbierał
jak cios nożem. Spojrzał na krzesło. Zobaczył swoje ciało bezwładnie zwiotczałe
ni to siedzące, ni to leżące na krześle, miotane konwulsjami. Ściany chramu
zaczęły drgać i ruszać się na wszystkie strony. Wszystko falowało w jakimś
szaleńczym tańcu. Łowca poczuł lęk. Ściany ożyły, napinając się, niczym gumowa
błona. Zaczęły się naciągać, tworząc coś na wzór spektaklu mimów próbujących
rozerwać gumową zaporę. Postacie miotały się, naciągając ściany coraz mocniej.
Wyraźnie dostrzegał ich sylwetki i twarze obciągnięte kamienną błoną z szeroko
rozwartymi ustami, próbujące się wyrwać ze ścian. Do uszu Łowcy doszedł ich
paniczny krzyk, wołanie o pomoc, przekleństwa rzucane w jego kierunku. Jego
ciało, ciągle miotane spazmami siedziało na krześle. Wszystko widział
jednocześnie, jakby miał wiele par oczu. Jakby w jednym momencie rozdzielił się
na wielu Łowców i równocześnie przyglądał się postaciom zamkniętym w ścianach i
swemu ciału na krześle i niszy za urną. Rozpacz postaci ze ścian rozrywała go
od wewnątrz. Czuł ich ból, ich niemoc i strach. Wszystko kumulowało się w nim.
Nagle spostrzegł, że ściana niszy za urną rozstąpiła się, jakby się zapadła. W
powstałej luce pojawił się Mistrz, a właściwie Jego twarz. Przerażające nie do
opisania oblicze wpatrywało się w Łowcę. Postacie ze ściany wpadły w panikę.
Jeszcze bardziej zintensyfikowały próby wyrwania się ze ściany. Mistrz nie
zwracał na to uwagi. Wpatrywał się w Łowcę. Jego oczy wwiercały się Łowcy w
mózg. Dlaczego mnie znów zawiodłeś? Dlaczego nie jesteś uważny? Zobacz, co
czynisz tym nieszczęśnikom. Wzmagasz ich cierpienie, bo jesteś nieuważny i
nieudolny. Łowca chciał coś powiedzieć, ale język odmawiał mu posłuszeństwa.
Dlaczego zmarnowałeś tę duszę? Dlaczego pozwoliłeś jej uciec? Była moja, a ty
Łowco wypuściłeś ją z rąk. Jesteś już tak blisko spełnienia, a nie chcesz mnie
słuchać. Dlaczego Łowco? Dlaczego? Łowca poczuł przygniatający go ciężar winy.
Dlaczego opóźniasz dzień ich wyzwolenia? Zrób to dla siebie i dla nich. Teraz
będziesz cierpiał za karę. Wiesz o tym? W tym momencie poczuł ognisty ból
przeszywający jego ciało, jakby ogniste rozdzierające bicze spadały na niego,
przedzierając się przez ciało i rozrywając je. Potęgujący się ból, zlewał się z
jękami i bólem zamkniętych w ścianach. Dostrzegł, jak ich ciała zwijają się w
konwulsjach od zadawanych razów. Całym sobą odczuwał ten ból. Jego ciało
rozrywało się pod uderzeniami, krew rozbryzgiwała się dookoła. Dlaczego nie
czynisz, co ci każę Łowco? Dlaczego nie kończysz? Dam ci jeszcze szansę, ale
tym razem nie zawiedź mnie! Po tych słowach twarz zniknęła. Ściana zwarła się z
powrotem, jakby nigdy nie było tam luki. Zamknięci w ścianie też zniknęli.
Łowca patrzył na swoje skrwawione ciało. Wróciwszy do niego, stracił
przytomność.
Musiało minąć trochę czasu, zanim Łowca
ponownie wyruszył na łowy. Ostatni seans kosztował go sporo zdrowia. Na całym
ciele pozostały po nim głębokie rany, które po prostu musiał wyleczyć.
Przygotowywał się więc spokojnie do kontynuacji zadania, które jasno przed nim
postawiono. Ze swoich łowów miał przynosić dusze ofiar, aż do wypełnienia
wszystkich słojów w chramie. Żeby pochwycić duszę, musiał ją zamknąć w sercu
ofiary. Mógł to zrobić jedynie, dopóki życie jeszcze tliło się w niej. Gdy
serce przestawało bić, było już za późno. Dusza ulatywała wraz z ostatnim
uderzeniem serca i była stracona dla Łowcy. Dlatego wciąż doskonalił techniki
ataku. Poświęcał temu sporo czasu, ale pomimo tego ciągle przytrafiały mu się
porażki. Do kompletnego wypełnienia misji brakowało już naprawdę niewiele. Był
tak blisko celu. Tylko jeden słój stał pusty. Jedno serce i koniec, misja
spełniona. Czasem zastanawiał się, co wtedy? Może dostanie następną misję? A
może to on zostanie mistrzem? Próbował to wyciągnąć od Mistrza, ale bez skutku.
Nie myślał jednak o tym zbyt wiele. Na razie, miał misję do wypełnienia i
musiał się na tym koncentrować. Na dzisiejsze łowy, wybrał inną część miasta.
Życie tętniło tu pełną parą. Kluby, restauracje i różne inne przybytki, nie
zawsze grzecznej rozrywki, przyciągały ludzi. Wędrowali z jednego miejsca do
drugiego, nierzadko mocno podchmieleni, nie zwracając uwagi, co się dzieje
wokół. Szedł spokojnym krokiem w swoim płaszczu i kapeluszu z przewieszoną
przez ramię torbą i rękoma w kieszeniach. Serce waliło mu jak młot. Adrenalina
pobudzała go, ale nic nie dawał po sobie poznać. Wokół przechodzili rozbawieni
ludzie, świeciły szyldy, z wnętrza lokali dochodziła głośna muzyka i mieszając
się rozmowami i śmiechem przechodniów tworzyła nieznośny jazgot, na który w tym
miejscu, nikt nie zwracał uwagi. Pogoda tego wieczoru była bardziej przyjazna
niż ostatnim razem. Mimo swego dziwacznego ubioru Łowca nie wzbudzał niczyjej
uwagi. Sporo się tutaj kręciło ekscentryków takich jak on i nikogo to nie
dziwiło. Ludzie mijali go obojętnie, zajęci zabawą i swoim towarzystwem. Szedł,
dyskretnie się rozglądając. Poszukiwał jakiejś ofiary, jednak nie mógł znaleźć
dogodnej okazji do ataku. Ciągle coś stawało mu na przeszkodzie i musiał
rezygnować z działania. Czasem wchodził do bram stojących tu kamienic,
lustrował podwórza, ale z tego też nic nie wynikało. Znajdował tam jakieś
kryjące się przed oczami wścibskich parki lub grupki zażywające używek, lub
alkoholu, zajęte sobą, bez zainteresowania resztą otoczenia. Jednak i tam nie
znajdował sposobności do ataku, więc szedł dalej. Chodniki wypełnione czeredą
rozbawionych ludzi pulsowały wraz z krwią tętniącą w jego żyłach. Nagle ktoś
zawołał. Hej, kowboju, dokąd idziesz? Nie chcesz się zabawić z “Królową Życia”?
Odwrócił się. Przy krawężniku stały trzy wyzywająco ubrane kobiety. Ich
wulgarny makijaż i sposób bycia wyraźnie wskazywał na profesję, którą się
parały. Zadowolone z zaczepki koleżanki śmiały się z Łowcy, wcale nie ukrywając
tego. Wreszcie, pomyślał Łowca. Jego ciało przeszył dreszcz emocji. Serce
przyspieszyło. Poczuł lekkie drżenie. Jedna z nich zwróciła się do niego. Nie
masz ochoty na loda chłopcze? Dwie pozostałe parsknęły śmiechem, a może coś
specjalnego à la carte? Podszedł do nich, a ta, która go zaczepiła, chwyciła go
za ramię. Wzdrygnął się lekko. Jaki nieśmiały, nie bój się, nie zrobię ci
krzywdy. Po czym odwróciła się do koleżanek, chyba prawiczek mi się trafił,
cały drży. Roześmiały się ponownie. Chodź, z przyjemnością cię rozprawiczę, dam
ci nawet upust, bo bardzo mi się podobają te twoje włosy i chętnie je trochę
poczochram. Pociągnęła go w kierunku bramy. Coś taki nieśmiały? Nie bój się,
pomogę ci. Weszli na podwórze jednej z kamienic. Było tu ciemno, na środku stał
zaniedbany klomb z jakimiś krzakami, w kącie duży śmietnik. Odwróciła się do
niego i spytała. A ty masz jakąś kasę? Przytaknął głową. Lepiej mnie nie
oszukuj, bo jak mnie oszukasz, to mój alfons zrobi ci takie kuku, że do końca
życia zapamiętasz. Łowca tylko wzruszył głową i wyciągnął z kieszeni plik
banknotów. Kobieta spojrzała na pieniądze i uspokojona powiedziała, no to chodź
i pociągnęła go w najciemniejszy zakątek podwórza. Tam znajdowało się obskurne
wejście do sutereny. Weszli do środka, zeszli kilka schodów w dół. Kobieta
wskazała mu stare podrapane drzwi, otworzyła je i znaleźli się w małym niezbyt
przytulnym pokoiku. U sufitu ćmiła się słaba żarówka, w kącie stało wielkie
rozklekotane łóżko, a w drugim umywalka ze wsuniętą pod nią starą poobijaną
miednicą. Kobieta zamknęła drzwi i odwróciła się do Łowcy. Może nie jest to
Grand Hotel, ale zawsze trochę intymności. Masz pół godziny, później przyjdzie
mój alfons sprawdzić, czy wszystko w porządku. Łowca kiwnął głową, przytakując.
No to dobrze, co chcesz na początek. Może…, nie pozwolił jej dokończyć, kładąc
rękę na jej ustach. Nic nie mów, powiedział. O jednak nie jesteś niemową,
uśmiechnęła się zalotnie i dodała, jak chcesz chłopcze, będę milczeć jak grób.
Odwrócił ją do ściany. O, chcesz z tyłu, dobrze, tylko pozwól, niech się trochę
przygotuję. Z ulicy dochodził przyciszony gwar tłumu i muzyka. Łowca cały drżał
z podniecenia, czuł, jak krew napływa mu do głowy. Oddech przyspieszył, lekko
drżącym głosem szepnął, zostaw, ja to zrobię. Roześmiała się, dobrze, tylko nie
potargaj mi ciuchów. Odwróciła się twarzą do ściany i lekko się pochylając,
oparła na niej ręce. Łowca zlustrował ją wzrokiem. Przez moment nasłuchiwał czy
nikogo nie ma za drzwiami. No dalej chłopcze, ponagliła go dziewczyna. Jedną
ręką zaczął odgarniać jej włosy z karku. Hej, za to międlenie musisz zapłacić
ekstra. Dobrze, powiedział. Zacisnął drugą dłoń na schowanej w kieszeni pałce,
wyciągnął ją i mocno wymierzył cios w kark kobiety. Usłyszał dobrze znane mu
chrupnięcie, po jego ciele rozlał się dreszcz rozkoszy. Ciało kobiety drgnęło
jak dotknięte prądem i bezwładnie osunęło się na podłogę. Łowca pochylił się
nad nią i sprawdził, żyje, pomyślał. Wstał i ściągnąwszy torbę i płaszcz rzucił
je na łóżko. Wyciągnął z torby srebrną puszkę i wrócił do leżącej dziewczyny.
Wszystko wykonywał już automatycznie jak maszyna. Otworzył puszkę, po czym
sprawnie odnalazł miejsce pomiędzy czwartym a piątym żebrem i ciął energicznie.
Rana rozwarła się trochę i mocno krwawiąc, ukazała wnętrze ciała. Poczuł
dreszcz przyjemności. Odchylił przeciętą klatkę piersiową kobiety i wsunął
drugą rękę do środka. Jest, pomyślał, czując w ręku bijące serce. Nie zważał na
krew. Zacisnął rękę na sercu i z całej siły wyszarpnął je z piersi.
Rozprostował dłoń i spojrzał na jeszcze bijące serce. Mam cię, pomyślał, misja
skończona. Schował serce do puszki, po czym wstał i jeszcze raz spojrzał na
zwłoki kobiety. Wybacz “Królowo Życia”, wymamrotał cichym głosem. Podszedł do
umywalki i starannie obmył ręce z krwi, po czym wrócił do łóżka, starając się
ominąć rosnącą na podłodze czerwoną kałużę. Włożył płaszcz, zarzucając przez
ramię torbę ze schowaną w niej puszką z sercem dziewczyny, wyszedł z pokoju i
ukradkiem wymknął się z podwórza.
Pochodnie i świece migotały
przytłumionym światłem. Kadzidło tliło się, rozsiewając zapach żywicy i ziół.
Na tacy leżało serce “Królowej Życia”. Łowca usadowił się w krześle. Był
podekscytowany. Dziś kończy swoją misję. Ostatnie serce leży na tacy ofiarnej i
wreszcie dowie się co dalej. Nie mógł się doczekać seansu. Wciągnął w nozdrza
dym kadzidła. Uwielbiał ten zapach. Wyprostował się i sięgnął po magiczne
grzybki. Osunął się na oparcie krzesła i rozluźniając ciało, zaczął żuć susz,
wpatrując się w niszę za urną. Nie mógł się skoncentrować. W głowie kłębiły się
myśli, ale grzyby robiły swoje. Czuł już, jak ciało zaczyna drżeć. Światło
wypełniło migoczącą łuną cały chram, wszystko drgało w rytmie świec. Ciałem
zatrzęsły spazmy, nasilając się z każdą chwilą, powoli przeszły w szalony
taniec konwulsji. Pojawili się zamknięci w ścianach jak zwykle walczący o
wyrwanie się ze swej kaźni w murze. Czuł ich panikę i strach rozdzierający
trzewia, słyszał krzyki i jęki, przekleństwa i skargi. Czuł ich ból i
nieprzebraną rozpacz. Wszechogarniające przerażenie. Spazmy nasilały się, aż
nagle poczuł ulgę wyrwania się z tego piekła. Wypłynął z ciała i znowu uleciał
ku górze. Zobaczył chram jakby z boku, jednocześnie widząc każdy ruch, każdy
zakamarek jakby stał w wielu miejscach naraz. Wlepił wzrok w niszę za urną.
Nagle otworzyła się, ukazując twarz Mistrza. Wpatrywał się w Łowcę uporczywie.
Jego penetrujące spojrzenie zdawało się przenikać wnętrze Łowcy, jakby próbował
posiąść jego myśli i serce, jakby wchodził w niego, motając duszę czarną siecią
zła. Czuł to każdym nerwem, w najdalszych zakątkach ciała. Co mi dzisiaj
przynosisz Łowco? Masz duszę? Czy zakończyłeś misję? Łowca z wysiłkiem
przytaknął głową. A więc wypełniło się posłannictwo twoje Łowco. Oczy mistrza
skierowały się na tacę ofiarną. Jest, czuję ją. W tym momencie ze ściany za
łowcą wyrwał się demon. Kudłate stworzenie, trudne do określenia. W miejscu
oczu płonęły dwa ognie, wydzielał jakiś dziwny duszący, nieznany Łowcy odór.
Poszedł do stołu, skowycząc i sapiąc. Wziął w dłonie leżące na tacy serce, po
czym ostrożnie przełożył je do pustego słoja z formaliną i stanął za krzesłem
Łowcy. Ciało Łowcy targane konwulsjami wiło się na krześle. Mistrz wpatrywał
się w twarz łowcy. Spełniło się. Kończymy twą misję Łowco. Do pełnego jej
wypełnienia brakuje jeszcze jednego serca Łowco. Twojego serca. W tym samym
momencie demon jedną ręką chwycił Łowcę za szyję, drugą zaczął z wolna
przesuwać po ciele w kierunku jego klatki piersiowej. Łowca widział swoje ciało
trzymane przez demona. Nagle usłyszał swój rozdzierający krzyk przerażenia i
rozpaczy. Służyłeś wiernie Łowco, a teraz wypełni się twe przeznaczenie. Druga ręka demona zaczęła wwiercać się w
pierś ofiary. Prysnęła krew obfitym strumieniem. Coś nagle ściągnęło Łowcę do
ciała. Nie mógł się temu oprzeć. Demon pochwycił serce Łowcy i wyszarpnął je z
piersi. Ciało łowcy bezwładnie osunęło się na krześle. Spełniło się, rozległ
się donośny głos. Trzy razy po sześciokroć się spełniło. Demon wyprostował się, wyciągając zaciśniętą
dłoń w stronę Mistrza, po czym powoli otworzył ją. W dłoni demona leżało
skrwawione, ciągle bijące serce Łowcy.