poniedziałek, 1 stycznia 2024

ŁOWCA

 Była paskudna noc. Deszcz zalewał ziemię, dosłownie jakby ktoś tam na górze odkręcił wielki kran i zapomniał go zakręcić. Ulice powoli zamieniały się w potoki rwącej deszczówki, co chwilę rozlewając się w olbrzymie kałuże. Studzienki odpływowe nie nadążały z odprowadzaniem wody, która pluskała pod butami nieprzyjemnie. Noc rozpełzła się już po świecie, jakby chciała zasłonić spadające z nieba ogromne ilości wody. Uliczne latarnie ledwo ćmiły się bladym światłem, nie oświetlając niczego, oprócz wielkich strug deszczu, tworząc jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie. Ulice puste, wyludnione, bo ludzie pochowali się w domach, zasłaniając nawet okna, aby nie widzieć tej paskudnej aury na zewnątrz. Stare kamienice stały smutne wzdłuż ulicy, wytrzeszczając podświetlone ślepia okien. Było ponuro, mokro i nieprzyjemnie. Łowca szedł powoli noga za nogą, rozchlapując kałuże pod stopami. Szedł prosto przed siebie w kompletnie przemoczonym długim prawie sięgającym ziemi płaszczu z obszerną zwisającą z tyłu patką i rękoma w kieszeniach. Przewieszona przez ramię torba z wielką klapą kołysała się w rytm kroków jak wahadło jakiegoś upiornego zegara. Stary workowaty kapelusz z opuszczonym ponaciąganym rondem teraz ociekającym wodą wcale nie chronił przed deszczem. Długie mokre włosy pozlepiane w grube strąki wypływały spod kapelusza prosto na plecy i twarz, nieprzyjemnie klejąc się do ciała. Jak straceniec szedł w strugach deszczu pozornie bez celu i sensu. Niedobrze, mruczał do siebie. Mistrz się wścieknie, jak nic nie przyniosę. Wokół nie było ani śladu żywej duszy. Nic tylko deszcz i on. Jego kroki niosły się pośród plusku rozchlapywanej wody, potęgując narastającą w nim frustrację. Co chwila nasłuchiwał, czy ktoś nie nadchodzi, ale słychać było tylko szum deszczu. Błąkał się tak prawie do rana i wydawało się, że wróci z pustymi rękoma, gdy nagle gdzieś za sobą usłyszał pospieszne kroki. Zbliżały się dość szybko. Poznał od razu, mężczyzna. Kobiety chodzą inaczej. Zawsze potrafił to odróżnić. Serce waliło mu jak młot. Kroki wyraźnie zbliżały się, Jest już blisko, słyszał go tuż za sobą. Oddech mężczyzny był przyspieszony wysiłkiem tego szybkiego marszu, prawie półbiegu. Musiał być jeszcze młody, bo szedł sprężyście i miarowo. Łowca czuł, jak krew pulsuje mu w żyłach, emocje sięgały zenitu, cały drżał. Kroki już prawie zrównały się z nim. Skupił się, jak tylko mógł najlepiej w tym podnieceniu i odruchowo zacisnął dłoń na trzymanej w kieszeni metalowej pałce. Była krótka, obszyta skórą, a jej rękojeść wieńczył ostry jak brzytwa lekko zakrzywiony nóż, długi na niecałe dziesięć centymetrów. Pozwalało to na zadawanie ciosów zarówno pałką, jak i cięć i pchnięć nożem. Mężczyzna zrównał się z Łowcą. Faktycznie był młody, dobrze zbudowany i trochę przykurczony jakby pod ciężarem deszczu. W ręku trzymał obszerny parasol. Łowca zawahał się na sekundę, ale było już za późno. Gdy tylko mężczyzna go minął, w okamgnieniu wyszarpnął pałkę z kieszeni, doskoczył do mężczyzny, zadając potężny cios. Feralnie zahaczył pałką o parasol, wytrącając go z ręki mężczyzny i tracąc cały impet uderzenia. Cios był za słaby i dodatkowo zsunął się na plecy ofiary, nie czyniąc mu większej krzywdy. Zaskoczony mężczyzna w jednej chwili przykurczył się od uderzenia, ale błyskawicznie otrząsnął się i w odruchu obronnym, jednym susem doskoczył do Łowcy. Nie było czasu na myślenie. Łowca zamaszyście ciął nożem w jego gardło i z szybkością błyskawicy zadał mu cios w pierś. Mężczyzna nawet nie zdążył wydać z siebie żadnego odgłosu. Z gardła potwornie chlusnęła krew, obryzgując Łowcę po twarzy i całym ubraniu. W ustach poczuł jej metaliczny smak. W podnieceniu nie zwracał jednak na to uwagi. Rana była głęboka. Cięcie prawie dosięgło kręgosłupa. Cios w pierś jakby zatrzymał mężczyznę w miejscu. Jego przerażone zastygające oczy wpatrywały się w twarz Łowcy, jakby chciały ten ostatni widok zabrać ze sobą w ciemność. Łowca stał, cały drżąc z podniecenia i rozkoszy. Ciało mężczyzny osunęło się na ziemię. Łowca nie mógł ochłonąć, zdawało mu się, że serce wyskoczy mu z piersi, krew tętniła boleśnie w żyłach. Uwielbiał to uczucie. Powoli, niespiesznie rozejrzał się dookoła. Miał szczęście. Nikogo nie było. Deszcz nie folgował. Spojrzał na ciało mężczyzny leżące u jego stóp. Oczy wciąż wpatrywały się w niego. Przykucnął i powolnym ruchem ręki zasłonił je powiekami. Cholera, zabiłem go. Wszystko na nic, pomyślał. Masz szczęście chłopcze, wyślizgnąłeś mi się. Mistrz się wścieknie. Jak mogłem tak dać się ponieść. Straciłem go. Krew ciekła z rany mężczyzny, mieszała się z deszczem, tworząc potężną czerwoną kałużę. Wstał, jeszcze raz spojrzał na zwłoki, westchnął i ruszył w kierunku domu. Dobrze wiedział, co go tam czeka.


 Dom Łowcy znajdował się na głębokich przedmieściach miasta. Otoczony lasem, który w tym miejscu wdzierał się w głąb pomiędzy nowe osiedla tworzące wielką sypialnię dla rozpędzonych pogonią za dostatkiem ludzi. Wyznaczono w nim ścieżki spacerowe i trasy rowerowe, które nęcąco biegły przez park, jak tutaj nazywano ten las. Można by pomyśleć idealne miejsce dla Łowcy, ale on wolał zapuszczać się w miasto z dala od domu i tam, mimo wielu niebezpieczeństw czyhających wśród ulic, grasować bez żadnych oporów. Uwielbiał to uczucie, gdy adrenalina rozpalała go do białości, krew tętniła w żyłach, jakby chciała je rozerwać, a serce mało nie wyskakiwało z piersi. Wtenczas czuł się szczęśliwy i mógł tak błądzić bez końca pomiędzy kamienicami, aż dosięgnął celu. Wtedy wracał do domu z radością i poczuciem satysfakcji. Wiedział, że Mistrz będzie zadowolony i pozwoli mu zaznać odrobiny wytchnienia. Częściej jednak wracał bez powodzenia. Wtedy Mistrz łajał go, zadając różne kary. Łowca znosił to jednak, bo nie mógł się obejść bez Mistrza, tych emocji i tego całego cierpienia po odniesionych porażkach. Był uzależniony od tego. Musiał wtedy zajmować się wszystkim oprócz polowań, bez których nie mógł sobie poradzić, nie mógł bez nich żyć. Wykonywał niezbędne prace w domu, przygotował chram do seansów, czy zbierał niezbędne do tego zioła i grzyby. Dom był idealny, dla Łowcy. Schowany z dala od gwaru biegnących przez las ścieżek i zapomniany przez świat. Stał na mocno zarośniętej przecince leśnej i sprawiał wrażenie porzuconej, walącej się rudery. Prowadząca do niego ścieżyna była mocno zasłonięta zdziczałymi chaszczami drzew i krzaków i całkowicie niewidoczna dla kogoś, kto nie był świadomy jej istnienia. Zmurszałe deski ścian domu i mocno porośnięty mchem, dziurawy dach, sprawiały wrażenie potworne, jakby rudera miała się lada chwilę zawalić. Gdyby nawet ktoś go znalazł, nigdy nie odważyłby się wejść do środka. Jednakże, gdyby się mimo wszystko odważył, przeżyłby niemały szok. Wewnątrz dom nie był przestronny i luksusowy, ale wystarczająco duży, by Łowca mógł tam w miarę wygodnie mieszkać. Ściany wewnętrzne stanowiły kompletne przeciwieństwo tego, co było na zewnątrz. Trudno szukać tu zbutwiałych desek, czy rozlatujących się sprzętów, ani też zbytnich luksusów. Drewniane meble, były może trochę ascetyczne w wyglądzie, ale całkiem wygodne. Ściany i sufit wyłożone nowymi deskami tworzyły zgoła przytulny nastrój. W solidnej drewnianej podłodze znajdowała się klapa kryjąca zejście do piwnicy. Znajdowało się tam obszerne pomieszczenie chramu. Jego ściany wyłożono głazami szczelnie dopasowanymi do siebie. Wysoki sufit wykończono drewnianymi dechami. Podobnie podłogę. Do ścian przymocowano uchwyty z pochodniami po dwie w każdej, a w północnej ścianie wykuto w kamieniu niszę półkoliście wykończoną od góry z kamienną urną pośrodku zwieńczoną świecznikiem na wosk w kształcie odwróconego trójkąta z wyrytym na nim numerem sześć. Obok po obu stronach dwa takie same jak na urnie duże kamienne świeczniki na wosk i też z cyfrą sześć. Po bokach niszy stoły nakryte rozrzuconymi wonnymi ziołami, a na nich dwanaście słojów, po sześć z każdej strony, wypełnionych formaliną. W każdym pływały ludzkie serca różnej wielkości. Przed słojami ustawiono dwanaście świec też różnej wielkości. Pośrodku między stołami, stół większy, drewniany, surowszy w wyglądzie. Na nim cztery słoje z sercami i jeden pusty, wypełniony tylko formaliną. Podobnie jak na stołach bocznych, między słojami rozsypano zioła i postawiono sześć świec. Pięć z tyłu przed słojami i szóstą, największą ze wszystkich wysuniętą na front przed resztę świec. Przed tą świecą stało palenisko kadzidła z jakimiś spopielonymi resztkami, umieszczone ponad sześcioma grubymi świecami olejowymi. Po jednej stronie paleniska miska z kadzidełkiem z magicznych grzybów, ziół i żywicy, a po drugiej druga z suszonymi małymi grzybkami, a przed nimi pięknie zdobiona srebrna patera z wyrytą pośrodku cyfrą 666. Przed stołem krzesło z oparciem i podłokietnikami. Wszędzie porozstawiane świece. Nawet gdyby paliłyby się wszystkie, w chramie panowałby półmrok. Migotliwe światło świec i pochodni pełzało po ścianach, potęgując nastrój skupienia i tajemniczości. Łowca wrócił do domu zmęczony. Zrzucił z siebie ubranie i padł na łóżko, zasypiając kamiennym snem.

 
 Po przebudzeniu zaczął przygotowywać seans. Zapalił wszystkie świece i pochodnie w chramie. Sprawdził, czy wszystko jest w porządku. Oh, jeszcze kadzidło, pomyślał. Wysypał na tacę kadzidło z miski, podpalił i rozdmuchał, aby się dobrze żarzyło. Zapalił świece pod tacą z kadzidłem. Przyjrzał się jeszcze raz i z zadowoleniem stwierdził, że niczego nie brakuje. Serce zaczynało mu bić coraz szybciej. Czuł maksymalne podniecenie. Zawsze tak reagował na seans. Tym razem trochę mu się oberwie. Wiedział o tym. Wiedział, że Mistrz nie będzie zadowolony. Zawsze tak było, gdy wracał z łowów z pustymi rękoma. Wciągnął z upodobaniem jego zapach. Uwielbiał go. Serce waliło mu jak młot. Usiadł wygodnie na krześle i sięgnął ręką po susz z łysiczek. Chwycił garść grzybków, włożył je do ust i zaczął żuć. Oparł się swobodnie na krześle, układając ręce na podłokietnikach i oddał się medytacji. Zapach ziół, świec i dymu z kadzidła mieszał się w powietrzu. Cały czas nie przestawał rytmicznie żuć grzybów. Światło pełzało po stołach i ścianach, stwarzając wrażenie ich ruchu. Wpatrywał się w niszę za urną. Grzyby w ustach już miękły. Czuł coraz mocniejsze drżenie w całym ciele. Zamknął oczy i nagle szarpnęły nim niemiłosiernie silne, nie do opanowania drgawki. Zwinął się w sobie. Czuł, jak każda cząsteczka jego ciała zaczęła drgać i pulsować. Trząsł się jak galareta. Rzucił się twarzą i rękoma na stół, aż podskoczyła srebrna patera, ale nie poczuł ulgi. Nagle zaczęło szarpać całym jego ciałem. Z trudem utrzymywał się na krześle i gdyby nie podłokietniki po bokach z pewnością wylądowałby na ziemi. Jego ciało prostowało się, to znów kuliło boleśnie. Nabrzmiałe żyły tętniły krwią jak szalone, zdawało się, że wylezą z ciała. Próbował otworzyć oczy, ale nic nie widział. Gałki oczne wywróciły się do tyłu, drżąc potwornie, powieki rozwarły się do granic, w końcu źrenice zniknęły gdzieś. W oczach widać było tylko białka. Wydawało się cały ogień świec i pochodni spłynął na niego i pali żywym płomieniem, czuł ból nie do wytrzymania. Całe jego ciało się wyprężyło i nagle, jakby coś pękło. Poczuł, że je opuszcza. Wzniósł się do góry, jak gdyby płynął. Rozejrzał się po chramie. Wszystko pulsowało, boleśnie odczuwał to pulsowanie. Każde drgnienie odbierał jak cios nożem. Spojrzał na krzesło. Zobaczył swoje ciało bezwładnie zwiotczałe ni to siedzące, ni to leżące na krześle, miotane konwulsjami. Ściany chramu zaczęły drgać i ruszać się na wszystkie strony. Wszystko falowało w jakimś szaleńczym tańcu. Łowca poczuł lęk. Ściany ożyły, napinając się, niczym gumowa błona. Zaczęły się naciągać, tworząc coś na wzór spektaklu mimów próbujących rozerwać gumową zaporę. Postacie miotały się, naciągając ściany coraz mocniej. Wyraźnie dostrzegał ich sylwetki i twarze obciągnięte kamienną błoną z szeroko rozwartymi ustami, próbujące się wyrwać ze ścian. Do uszu Łowcy doszedł ich paniczny krzyk, wołanie o pomoc, przekleństwa rzucane w jego kierunku. Jego ciało, ciągle miotane spazmami siedziało na krześle. Wszystko widział jednocześnie, jakby miał wiele par oczu. Jakby w jednym momencie rozdzielił się na wielu Łowców i równocześnie przyglądał się postaciom zamkniętym w ścianach i swemu ciału na krześle i niszy za urną. Rozpacz postaci ze ścian rozrywała go od wewnątrz. Czuł ich ból, ich niemoc i strach. Wszystko kumulowało się w nim. Nagle spostrzegł, że ściana niszy za urną rozstąpiła się, jakby się zapadła. W powstałej luce pojawił się Mistrz, a właściwie Jego twarz. Przerażające nie do opisania oblicze wpatrywało się w Łowcę. Postacie ze ściany wpadły w panikę. Jeszcze bardziej zintensyfikowały próby wyrwania się ze ściany. Mistrz nie zwracał na to uwagi. Wpatrywał się w Łowcę. Jego oczy wwiercały się Łowcy w mózg. Dlaczego mnie znów zawiodłeś? Dlaczego nie jesteś uważny? Zobacz, co czynisz tym nieszczęśnikom. Wzmagasz ich cierpienie, bo jesteś nieuważny i nieudolny. Łowca chciał coś powiedzieć, ale język odmawiał mu posłuszeństwa. Dlaczego zmarnowałeś tę duszę? Dlaczego pozwoliłeś jej uciec? Była moja, a ty Łowco wypuściłeś ją z rąk. Jesteś już tak blisko spełnienia, a nie chcesz mnie słuchać. Dlaczego Łowco? Dlaczego? Łowca poczuł przygniatający go ciężar winy. Dlaczego opóźniasz dzień ich wyzwolenia? Zrób to dla siebie i dla nich. Teraz będziesz cierpiał za karę. Wiesz o tym? W tym momencie poczuł ognisty ból przeszywający jego ciało, jakby ogniste rozdzierające bicze spadały na niego, przedzierając się przez ciało i rozrywając je. Potęgujący się ból, zlewał się z jękami i bólem zamkniętych w ścianach. Dostrzegł, jak ich ciała zwijają się w konwulsjach od zadawanych razów. Całym sobą odczuwał ten ból. Jego ciało rozrywało się pod uderzeniami, krew rozbryzgiwała się dookoła. Dlaczego nie czynisz, co ci każę Łowco? Dlaczego nie kończysz? Dam ci jeszcze szansę, ale tym razem nie zawiedź mnie! Po tych słowach twarz zniknęła. Ściana zwarła się z powrotem, jakby nigdy nie było tam luki. Zamknięci w ścianie też zniknęli. Łowca patrzył na swoje skrwawione ciało. Wróciwszy do niego, stracił przytomność.

 
 Musiało minąć trochę czasu, zanim Łowca ponownie wyruszył na łowy. Ostatni seans kosztował go sporo zdrowia. Na całym ciele pozostały po nim głębokie rany, które po prostu musiał wyleczyć. Przygotowywał się więc spokojnie do kontynuacji zadania, które jasno przed nim postawiono. Ze swoich łowów miał przynosić dusze ofiar, aż do wypełnienia wszystkich słojów w chramie. Żeby pochwycić duszę, musiał ją zamknąć w sercu ofiary. Mógł to zrobić jedynie, dopóki życie jeszcze tliło się w niej. Gdy serce przestawało bić, było już za późno. Dusza ulatywała wraz z ostatnim uderzeniem serca i była stracona dla Łowcy. Dlatego wciąż doskonalił techniki ataku. Poświęcał temu sporo czasu, ale pomimo tego ciągle przytrafiały mu się porażki. Do kompletnego wypełnienia misji brakowało już naprawdę niewiele. Był tak blisko celu. Tylko jeden słój stał pusty. Jedno serce i koniec, misja spełniona. Czasem zastanawiał się, co wtedy? Może dostanie następną misję? A może to on zostanie mistrzem? Próbował to wyciągnąć od Mistrza, ale bez skutku. Nie myślał jednak o tym zbyt wiele. Na razie, miał misję do wypełnienia i musiał się na tym koncentrować. Na dzisiejsze łowy, wybrał inną część miasta. Życie tętniło tu pełną parą. Kluby, restauracje i różne inne przybytki, nie zawsze grzecznej rozrywki, przyciągały ludzi. Wędrowali z jednego miejsca do drugiego, nierzadko mocno podchmieleni, nie zwracając uwagi, co się dzieje wokół. Szedł spokojnym krokiem w swoim płaszczu i kapeluszu z przewieszoną przez ramię torbą i rękoma w kieszeniach. Serce waliło mu jak młot. Adrenalina pobudzała go, ale nic nie dawał po sobie poznać. Wokół przechodzili rozbawieni ludzie, świeciły szyldy, z wnętrza lokali dochodziła głośna muzyka i mieszając się rozmowami i śmiechem przechodniów tworzyła nieznośny jazgot, na który w tym miejscu, nikt nie zwracał uwagi. Pogoda tego wieczoru była bardziej przyjazna niż ostatnim razem. Mimo swego dziwacznego ubioru Łowca nie wzbudzał niczyjej uwagi. Sporo się tutaj kręciło ekscentryków takich jak on i nikogo to nie dziwiło. Ludzie mijali go obojętnie, zajęci zabawą i swoim towarzystwem. Szedł, dyskretnie się rozglądając. Poszukiwał jakiejś ofiary, jednak nie mógł znaleźć dogodnej okazji do ataku. Ciągle coś stawało mu na przeszkodzie i musiał rezygnować z działania. Czasem wchodził do bram stojących tu kamienic, lustrował podwórza, ale z tego też nic nie wynikało. Znajdował tam jakieś kryjące się przed oczami wścibskich parki lub grupki zażywające używek, lub alkoholu, zajęte sobą, bez zainteresowania resztą otoczenia. Jednak i tam nie znajdował sposobności do ataku, więc szedł dalej. Chodniki wypełnione czeredą rozbawionych ludzi pulsowały wraz z krwią tętniącą w jego żyłach. Nagle ktoś zawołał. Hej, kowboju, dokąd idziesz? Nie chcesz się zabawić z “Królową Życia”? Odwrócił się. Przy krawężniku stały trzy wyzywająco ubrane kobiety. Ich wulgarny makijaż i sposób bycia wyraźnie wskazywał na profesję, którą się parały. Zadowolone z zaczepki koleżanki śmiały się z Łowcy, wcale nie ukrywając tego. Wreszcie, pomyślał Łowca. Jego ciało przeszył dreszcz emocji. Serce przyspieszyło. Poczuł lekkie drżenie. Jedna z nich zwróciła się do niego. Nie masz ochoty na loda chłopcze? Dwie pozostałe parsknęły śmiechem, a może coś specjalnego à la carte? Podszedł do nich, a ta, która go zaczepiła, chwyciła go za ramię. Wzdrygnął się lekko. Jaki nieśmiały, nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Po czym odwróciła się do koleżanek, chyba prawiczek mi się trafił, cały drży. Roześmiały się ponownie. Chodź, z przyjemnością cię rozprawiczę, dam ci nawet upust, bo bardzo mi się podobają te twoje włosy i chętnie je trochę poczochram. Pociągnęła go w kierunku bramy. Coś taki nieśmiały? Nie bój się, pomogę ci. Weszli na podwórze jednej z kamienic. Było tu ciemno, na środku stał zaniedbany klomb z jakimiś krzakami, w kącie duży śmietnik. Odwróciła się do niego i spytała. A ty masz jakąś kasę? Przytaknął głową. Lepiej mnie nie oszukuj, bo jak mnie oszukasz, to mój alfons zrobi ci takie kuku, że do końca życia zapamiętasz. Łowca tylko wzruszył głową i wyciągnął z kieszeni plik banknotów. Kobieta spojrzała na pieniądze i uspokojona powiedziała, no to chodź i pociągnęła go w najciemniejszy zakątek podwórza. Tam znajdowało się obskurne wejście do sutereny. Weszli do środka, zeszli kilka schodów w dół. Kobieta wskazała mu stare podrapane drzwi, otworzyła je i znaleźli się w małym niezbyt przytulnym pokoiku. U sufitu ćmiła się słaba żarówka, w kącie stało wielkie rozklekotane łóżko, a w drugim umywalka ze wsuniętą pod nią starą poobijaną miednicą. Kobieta zamknęła drzwi i odwróciła się do Łowcy. Może nie jest to Grand Hotel, ale zawsze trochę intymności. Masz pół godziny, później przyjdzie mój alfons sprawdzić, czy wszystko w porządku. Łowca kiwnął głową, przytakując. No to dobrze, co chcesz na początek. Może…, nie pozwolił jej dokończyć, kładąc rękę na jej ustach. Nic nie mów, powiedział. O jednak nie jesteś niemową, uśmiechnęła się zalotnie i dodała, jak chcesz chłopcze, będę milczeć jak grób. Odwrócił ją do ściany. O, chcesz z tyłu, dobrze, tylko pozwól, niech się trochę przygotuję. Z ulicy dochodził przyciszony gwar tłumu i muzyka. Łowca cały drżał z podniecenia, czuł, jak krew napływa mu do głowy. Oddech przyspieszył, lekko drżącym głosem szepnął, zostaw, ja to zrobię. Roześmiała się, dobrze, tylko nie potargaj mi ciuchów. Odwróciła się twarzą do ściany i lekko się pochylając, oparła na niej ręce. Łowca zlustrował ją wzrokiem. Przez moment nasłuchiwał czy nikogo nie ma za drzwiami. No dalej chłopcze, ponagliła go dziewczyna. Jedną ręką zaczął odgarniać jej włosy z karku. Hej, za to międlenie musisz zapłacić ekstra. Dobrze, powiedział. Zacisnął drugą dłoń na schowanej w kieszeni pałce, wyciągnął ją i mocno wymierzył cios w kark kobiety. Usłyszał dobrze znane mu chrupnięcie, po jego ciele rozlał się dreszcz rozkoszy. Ciało kobiety drgnęło jak dotknięte prądem i bezwładnie osunęło się na podłogę. Łowca pochylił się nad nią i sprawdził, żyje, pomyślał. Wstał i ściągnąwszy torbę i płaszcz rzucił je na łóżko. Wyciągnął z torby srebrną puszkę i wrócił do leżącej dziewczyny. Wszystko wykonywał już automatycznie jak maszyna. Otworzył puszkę, po czym sprawnie odnalazł miejsce pomiędzy czwartym a piątym żebrem i ciął energicznie. Rana rozwarła się trochę i mocno krwawiąc, ukazała wnętrze ciała. Poczuł dreszcz przyjemności. Odchylił przeciętą klatkę piersiową kobiety i wsunął drugą rękę do środka. Jest, pomyślał, czując w ręku bijące serce. Nie zważał na krew. Zacisnął rękę na sercu i z całej siły wyszarpnął je z piersi. Rozprostował dłoń i spojrzał na jeszcze bijące serce. Mam cię, pomyślał, misja skończona. Schował serce do puszki, po czym wstał i jeszcze raz spojrzał na zwłoki kobiety. Wybacz “Królowo Życia”, wymamrotał cichym głosem. Podszedł do umywalki i starannie obmył ręce z krwi, po czym wrócił do łóżka, starając się ominąć rosnącą na podłodze czerwoną kałużę. Włożył płaszcz, zarzucając przez ramię torbę ze schowaną w niej puszką z sercem dziewczyny, wyszedł z pokoju i ukradkiem wymknął się z podwórza.

 
 Pochodnie i świece migotały przytłumionym światłem. Kadzidło tliło się, rozsiewając zapach żywicy i ziół. Na tacy leżało serce “Królowej Życia”. Łowca usadowił się w krześle. Był podekscytowany. Dziś kończy swoją misję. Ostatnie serce leży na tacy ofiarnej i wreszcie dowie się co dalej. Nie mógł się doczekać seansu. Wciągnął w nozdrza dym kadzidła. Uwielbiał ten zapach. Wyprostował się i sięgnął po magiczne grzybki. Osunął się na oparcie krzesła i rozluźniając ciało, zaczął żuć susz, wpatrując się w niszę za urną. Nie mógł się skoncentrować. W głowie kłębiły się myśli, ale grzyby robiły swoje. Czuł już, jak ciało zaczyna drżeć. Światło wypełniło migoczącą łuną cały chram, wszystko drgało w rytmie świec. Ciałem zatrzęsły spazmy, nasilając się z każdą chwilą, powoli przeszły w szalony taniec konwulsji. Pojawili się zamknięci w ścianach jak zwykle walczący o wyrwanie się ze swej kaźni w murze. Czuł ich panikę i strach rozdzierający trzewia, słyszał krzyki i jęki, przekleństwa i skargi. Czuł ich ból i nieprzebraną rozpacz. Wszechogarniające przerażenie. Spazmy nasilały się, aż nagle poczuł ulgę wyrwania się z tego piekła. Wypłynął z ciała i znowu uleciał ku górze. Zobaczył chram jakby z boku, jednocześnie widząc każdy ruch, każdy zakamarek jakby stał w wielu miejscach naraz. Wlepił wzrok w niszę za urną. Nagle otworzyła się, ukazując twarz Mistrza. Wpatrywał się w Łowcę uporczywie. Jego penetrujące spojrzenie zdawało się przenikać wnętrze Łowcy, jakby próbował posiąść jego myśli i serce, jakby wchodził w niego, motając duszę czarną siecią zła. Czuł to każdym nerwem, w najdalszych zakątkach ciała. Co mi dzisiaj przynosisz Łowco? Masz duszę? Czy zakończyłeś misję? Łowca z wysiłkiem przytaknął głową. A więc wypełniło się posłannictwo twoje Łowco. Oczy mistrza skierowały się na tacę ofiarną. Jest, czuję ją. W tym momencie ze ściany za łowcą wyrwał się demon. Kudłate stworzenie, trudne do określenia. W miejscu oczu płonęły dwa ognie, wydzielał jakiś dziwny duszący, nieznany Łowcy odór. Poszedł do stołu, skowycząc i sapiąc. Wziął w dłonie leżące na tacy serce, po czym ostrożnie przełożył je do pustego słoja z formaliną i stanął za krzesłem Łowcy. Ciało Łowcy targane konwulsjami wiło się na krześle. Mistrz wpatrywał się w twarz łowcy. Spełniło się. Kończymy twą misję Łowco. Do pełnego jej wypełnienia brakuje jeszcze jednego serca Łowco. Twojego serca. W tym samym momencie demon jedną ręką chwycił Łowcę za szyję, drugą zaczął z wolna przesuwać po ciele w kierunku jego klatki piersiowej. Łowca widział swoje ciało trzymane przez demona. Nagle usłyszał swój rozdzierający krzyk przerażenia i rozpaczy. Służyłeś wiernie Łowco, a teraz wypełni się twe przeznaczenie.  Druga ręka demona zaczęła wwiercać się w pierś ofiary. Prysnęła krew obfitym strumieniem. Coś nagle ściągnęło Łowcę do ciała. Nie mógł się temu oprzeć. Demon pochwycił serce Łowcy i wyszarpnął je z piersi. Ciało łowcy bezwładnie osunęło się na krześle. Spełniło się, rozległ się donośny głos. Trzy razy po sześciokroć się spełniło.  Demon wyprostował się, wyciągając zaciśniętą dłoń w stronę Mistrza, po czym powoli otworzył ją. W dłoni demona leżało skrwawione, ciągle bijące serce Łowcy.