PRZESŁUCHANIE
Panie Józefie, niech pan mi powie, dlaczego pan jest taki uparty.
- Bo ja nic nie wiem, panie poruczniku.
Wymamrotał starszy mężczyzna siedzący na niechlujnym taborecie naprzeciw prostego biurka. Nosił wyraźne ślady pobicia. Opuchnięta, posiniaczona twarz i popękane od ciosów usta ledwie mogły wydusić słowa. Każda próba wywoływała bolesny grymas na twarzy. Z kącika ust płynęła krew. Poobijane oczy z sinymi obwódkami dookoła ginęły w opuchliźnie twarzy. Z rozbitych łuków brwiowych sączyła się krew, spadając kroplami na niegdyś białą koszulę. W bruzdach zmarszczek chowały się rozmazane potem krwawe pozostałości poprzedniego przesłuchania. Koszula brudna przepocona z licznymi czerwono rdzawymi plamami ledwie okrywała wychudłą pierś starca. Spodnie zbyt luźne, również ubrudzone jak koszula dopełniały postać starego Józefa Tymińskiego. Siedział skulony z opuszczoną głową i skurczonymi palcami u bosych stóp. Pokój wypełniały proste sprzęty. Biurko z silną lampą, telefonem i krzesłem, za nim w kącie stolik z miednicą, dzbankiem na wodę, kilkoma metalowymi kubkami, grzałką i jakąś puszką. Pod nim wiadro pełne wody. Z boku dwa mniejsze stoliki. Na jednym walały się różne narzędzia służące do tortur, na drugim maszyna do pisania i drugie krzesło. Dwie pary drzwi, jedne do gabinetu komendanta urzędu, drugie na korytarz. W kącie koło drzwi wejściowych stało jeszcze jedno krzesło, na którym siedział teraz rozparty spocony żołnierz, bez pasa, z rozpiętą bluzą mundurową, w drugim kącie piec kaflowy. Na biurku przysiadł swobodnie ppor. Zarębski w nienagannym mundurze. Z dobrodusznym wyrazem twarzy zwracał się do Tymińskiego łagodnym głosem.
- Panie Józefie, proszę mówić prawdę.
- Przecież mówię...
- Jeśli pan się tak będzie upierał, to znowu wróci ten barbarzyńca i zacznie pana przesłuchiwać. Po co to panu, panie Józefie?
- Czego wy ode mnie chcecie? Na rany Chrystusa, nic nie wiem.
- Niech pan powie, skąd się wzięła ta broń w sąsieku? Pana syn ją schował, czy może pan ją tam ukrył? Kim jest Żmudzki i co robił w waszej chałupie?
- Męczycie mnie, a ja nie wiem, o co chodzi?
- To ja panu przypomnę. Pana syn zeznał, że należycie do faszystowsko terrorystycznej bandy, na żołdzie burżujów z Ameryki i szpiegowaliście dla nich. Zdradziliście Ojczyznę i działaliście na szkodę Polski Ludowej. Mordowaliście prawych jej obywateli, najlepszych synów ojczyzny, komunistów, którzy walczą za takich jak pan, panie Józefie. Szkodziliście naszym prawdziwym sojusznikom ze zwycięskiej Armii Radzieckiej. Propagowaliście wrogą propagandę. Czy zdajecie sobie sprawę, jak ciężkie są to zarzuty? Co wam za to grozi?
Tymiński spuścił głowę. Jego ciało opadło jakby zwiotczałe. Zarębski przyglądał mu się z zadowoleniem. Czuł, że ofiara kruszeje.
- Panie Józefie niech pan ratuje żonę i syna. To jeszcze chłopiec, ale za zdradę zostanie potraktowany tak jak dorosły, jak zdrajca. Wie pan, co to znaczy? Może uda się go ocalić. Niech tylko pan się przyzna.
- To wszystko kłamstwo, ja nic nie wiem.
- W takim razie Józio będzie musiał przesłuchać pana żonę. Rozumie pan? Józek nie ma żadnych hamulców. Widzi pan, co zrobił panu, ale zapewniam pana, że dla kobiet chowa on specjalne metody. Nie chce pan tego jej oszczędzić? Niech pan pomyśli.
- Ja nic nie wiem — wyszeptał załamany Tymiński.
- Niech pan pomyśli też o synu. To jeszcze dzieciak. Chce pan go zabić. Panie Józefie, chce pan mieć syna na sumieniu?
Tymiński wstrząsnął się przerażony. Z jego piersi wyrwał się żałosny szloch.
- Bandyci!!! Mordujecie ludzi, znęcacie się!!! Czy Boga w sercach nie macie!!!? To wy psubraty jesteście zdrajcami, banda zwyrodnialców, potraficie się tylko znęcać nad bezbronnymi, Tchórze francowate....
Zarębski wściekł się, cały poczerwieniał na twarzy i ryknął na całe gardło.
- Dość!!! Kurwa mati, widzicie gnoja!!! Sabaka jebana!!!
Zerwał się na równe nogi, doskoczył do Tymińskiego i z całej siły walnął go na odlew pięścią w głowę. Nieszczęsny więzień wywrócił się z taboretem na ziemię. Rozwścieczony Zarębski zaczął okładać go pięściami i kopać, gdzie popadnie, w głowę, piersi, plecy, po czym doskoczył do stolika z narzędziami, złapał rzemienny pejcz i zaczął nim okładać leżącego starca, sapiąc i krzycząc.
- Zdraj-ca!!! Kur-wa- mać! Ja-ci-dam-ban-dy-tę!
Zziajany, ciężko dysząc, zwrócił się do siedzącego w kącie żołnierza — Wazmij jewo Józiu. Odpocznij trochę i przyprowadź tę jego sukę. Z tym tu skończyliśmy. Szeczko napisze protokół, a ty dopilnujesz, by to ścierwo podpisało go.
Poprawił mundur i zadowolony z siebie wyszedł do swego gabinetu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz